MojGlos
blog nowoczesnego chrześcijanina
Nowoczesne chrześcijaństwo – oksymoron?
Skąd nazwa tego bloga – to brzmi prowokacyjnie.
Wielu powie, że nie ma czegoś takiego jak „nowoczesne chrześcijaństwo” – chrześcijaństwo jest przecież jedno, ma 2000 lat i radziło sobie bez tej całej „nowoczesności”. Nie można naginać chrześcijaństwa zgodnie z aktualną modą.
Zobacz co o tym myślę


Księga gości
 
<< Maj 2012
PonWtŚrCzwPiąSobNie
123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031
Moje przemyślenia
Celibat 2012-02-16
Czy jest ktoś jeszcze na świecie, kto uważa, że przymusowy celibat jest czymś dobrym dla księży katolickich? Ja nie widzę w nim ani jednej pozytywnej cechy. Jest to wymysł sprzed paruset lat, nie wiadomo do końca, czym spowodowany. Złośliwi mówią o problemach ze sprawami spadkowymi i może coś w tym jest. Oczywiście nie mam nic przeciwko ludziom, którzy dobrowolnie żyją w celibacie – ale nie zgadzam się z tym, że celibat to „legitymacja” do bycia duchownym. Argument, że dzięki celibatowi duchowny oderwany jest od spraw ziemskich jest dość śmieszny dla kogoś, kto (jak choćby ja) zna wielu duchownych niekoniecznie żyjących tylko sprawami duchowymi. Ostatnie afery pedofilskie pokazują, że celibat może wręcz szkodzić duchowości. Są różni ludzie o różnym libido i są tacy, którzy bez miłości cielesnej po prostu nie mogą żyć. Czy to czyni ich wierzącymi gorszej kategorii? Dlaczego oni nie mogą ofiarować swego życia kościołowi?
Moim skromnym zdaniem ksiądz, który miałby żonę i dzieci byłby w stanie dawać o wiele lepsze świadectwo, byłby o wiele bardziej wiarygodny dla wiernych – choćby podczas spowiedzi. I jednocześnie wolałbym księdza zajmującego się własnymi dziećmi i pokazującego parafianom jak można to robić po chrześcijańsku niż odprawiającego kolejne „godzinki” i „zdrowaśki”.
Aborcja 2012-02-16
Ostatnio pisałem o antykoncepcji i dorobiłem się pod tekstem pierwszego (!) komentarza – za który dziękuję! Jednak nie mogę się do końca zgodzić z treścią, więc parę słów na temat mojego spojrzenia na aborcję.
Zacznijmy od faktów: kobieta produkuje komórkę jajową, mężczyzna plemnik. W momencie gdy plemnik wniknie do komórki jajowej powstaje zarodek. Zarodek zagnieżdża się w macicy i dzięki pożywieniu dostarczanemu przez ciało kobiety powoli (przez 9 miesięcy) rozwija się w człowieka. Aborcja to pozbycie się takiego zarodka. Czy to grzech? To zależy jak traktujemy zarodek.
Możliwości są w zasadzie dwie:
a) Możemy twierdzić, że zarodek od chwili powstania (połączenia plemnika z jajem) jest już człowiekiem – z takiego zarodka przecież rozwija się człowiek i niczego więcej, oprócz ciepła i energii do tego nie potrzebuje!
b) Możemy też twierdzić, że zarodek to jeszcze nie człowiek. No, ale wtedy trzeba jakoś odpowiedzieć na pytanie – kiedy się tym człowiekiem stanie? Istnieją różne opinie – jak ma już serce, jak ma już mózg, jak ma już nogi, jak ma trzy miesiące, jak ma dziewięć. Każdy z nich można jakoś uzasadnić, ale w sposób niezbyt przekonujący. Najbardziej przekonujące jest uzasadnienie – jeśli zarodek może już żyć samodzielnie bez matki to jest człowiekiem. Zaraz jednak można zadać pytanie – czy w takim razie półroczne dziecko to człowiek? Przecież bez matki nie przeżyje…
Moje zdanie jest następujące: Ponieważ nie ma jednoznacznej granicy po której zarodek staje się człowiekiem, musimy założyć, że zarodek jest człowiekiem. Nierozwiniętym, to prawda, ale przecież człowiek rozwija się przynajmniej do 18 roku życia. To proces ciągły, nie ma nagłego skoku.
Jakie to ma implikacje? Jedna jest oczywista – zabójstwo, piąte przykazanie, aborcja to grzech.
Druga już taka oczywista nie jest – powstrzymaj ze wszystkich swoich sił innych przed aborcją.
Ktoś powie: no dobrze, uważasz, że aborcja to grzech, to aborcji nie robisz. Co się jednak wtrącasz do tego co robią inni, kto dał ci do tego prawo? Czyli, jak napisał autor wzmiankowanego na wstepie komentarza: „Co do antykoncepcji i aborcji - nikt nie ma prawa ingerować w ciało kobiety, to tylko i wyłącznie jej sprawa”. Otóż nie do końca. Jeśli chodzi o aborcję to sprawa nie tylko jej, ale także tego drugiego człowieka, który się w niej znajduje. A może nawet bardziej jego – bo w końcu to o jego życie chodzi.
I tu dochodzimy do sedna – nikt cywilizowany dziś nie uważa, że kobieta mająca dziecko może sobie sama wybrać czy chce je wychowywać czy może jednak zabić i zakopać w beczce. A jeśli uważam, że zarodek to człowiek, to nie ma z mojego punktu widzenia żadnej różnicy pomiędzy zabiciem dziecka nienarodzonego a dziecka pięcioletniego. Wobec tego moim obowiązkiem jest piętnować przypadki aborcji i dążyć do tego, żeby prawo broniło niewinnych dzieci. To nie jest tylko sprawa matki!
Dogmaty 2011-11-19
Usłyszałem parę lat temu informację, że Watykan po długich rozważaniach ogłosił, że dzieci zabite w wyniku aborcji pomimo braku chrztu są jednak zbawione. Zostało to przyjęte z dużym zadowoleniem. Zadumałem się nad tą informacją – jakie ona może mieć znaczenie? Czy to orzeczenie liczy się od momentu ogłoszenia w jakimś watykańskim dzienniku ustaw? Przed datą ogłoszenia dzieci szły do piekła a od tego dnia idą do nieba? A może w tym przypadku prawo działa wstecz? I wszystkie dzieci, które kiedyś trafiły do piekła, teraz drogą apelacji idą do nieba?
Trochę się tu naśmiewam, bo oczywiste jest, że to nie Watykan decyduje, kto idzie do nieba a kto do piekła. O tym decyduje Bóg i nam nic do tego. Można tą „decyzję” Watykanu przyjąć tylko jako „oświecenie”, znalezienie właściwej drogi, rozpoznanie woli bożej. Nic ona w rzeczywistości nie zmienia w losie nienarodzonych dzieci, zmienia tylko nasze o nich mniemanie.
I tak jest ze wszystkimi dogmatami – prawdami głoszonymi przez Kościół. To nie w momencie ogłoszenia przez sobór Maryja stała się niepokalaną dziewicą.
I tu dochodzimy do sedna – dlaczego, na jakiej podstawie jakaś grupa ludzi stwierdza nagle, że „poznała wolę bożą” i na pewno nie może się mylić (dogmat o nieomylności). Za parę albo za kilkaset lat ta sama grupa ludzi albo grupa ich bezpośrednich następców ogłasza nową „wolę bożą”, czasem sprzeczną z poprzednią – i znowu (a jakże!) nie może się mylić. Podkreślam – to nie Bóg zmienił zdanie, to grupa ludzi albo nawet tylko jeden człowiek – papież – stwierdza, że jednak sprawy mają się inaczej.
To, co najbardziej denerwuje mnie w religiach to, że muszą one – czują się wręcz w obowiązku – odpowiedzieć na wszystkie pytania. Nie ma miejsca na niejasności – wizja świata musi być spójna i jednoznaczna. Tymczasem jest mnóstwo spraw, o których nie mamy pojęcia. Nie wiemy jak powstał świat, jak wygląda niebo, ile aniołów zmieści się na główce od szpilki itp. Dlaczego więc akurat koniecznie musimy wiedzieć czy nieochrzczone dzieci są zbawione? Nie można byłoby po prostu powiedzieć tak: „Moje sumienie mówi, że te dzieci nie są niczemu winne, więc nie powinny być karane a więc wydaje mi się, że jednak są zbawione”. Brzmi to uczciwie i pod czymś takim sam mogę się podpisać. Jednak, jeśli jakaś kongregacja watykańska ogłasza mi oficjalnie, że teraz jest tak a wcześniej się myliliśmy i tak w ogóle to jesteśmy nieomylni to dla mnie brzmi to w moich uszach tylko jako żałosna próba uzasadnienia swojego istnienia.
Antykoncepcja 2011-11-19
Jedną z głównych kości niezgody wśród współczesnych chrześcijan jest sposób podejścia do seksu i prokreacji. Stanowisko kościoła katolickiego jest w tym zakresie jasne – ma być „naturalnie”, w wolę bożą nie możemy ingerować.
To stanowisko jednak – moim skromnym zdaniem – bardzo upraszcza skomplikowany problem. Prostota wydaje się być z jednej strony zaletą, „naturalność” to coś, co kojarzy się nam zawsze pozytywnie. Jednak, jeśli w ten sam sposób chcielibyśmy potraktować inne dziedziny życia, musielibyśmy odrzucić prawie całą medycynę – przecież większość lekarstw czy zabiegów jest „nienaturalna”. Podobnie wiele innych dziedzin życia – jak choćby produkcja żywności – zupełnie nie może być traktowana jako naturalna. Dlatego wydaje mi się, że tych elementów nauki Kościoła po prostu nie da się obronić używając argumentów naturalności i woli bożej.
Akt seksualny może spowodować ciążę i pojawienie się nowego życia. Jednak wielu ludzi chciałoby uprawiać seks a jednocześnie zminimalizować ryzyko spłodzenia dziecka – z różnych powodów, ekonomicznych, zdrowotnych, społecznych itp. Czy to samo w sobie jest już grzechem? Tak nikt nie twierdzi. Nawet ortodoksyjny Kościół katolicki zezwala i wręcz propaguje „kalendarzyki małżeńskie”, których jedynym przecież celem jest minimalizacja prawdopodobieństwa zajścia w ciążę.
Tak więc sama chęć uniknięcia dziecka grzechem nie jest. Grzeszna może być tylko metoda minimalizująca „ryzyko” spłodzenia dziecka. I ja tu dzielę te metody na dwie grupy: zapobiegawcze i usuwające skutki.
Metody zapobiegawcze nie pozwalają na spotkanie plemnika z komórką jajową. Może to polegać na uniknięciu pojawienia się komórki jajowej (za pomocą środków hormonalnych u kobiety lub za pomocą wyboru odpowiedniego momentu na odbycie stosunku – metoda kalendarzyka), pozbyciu się plemników (np. wazektomia czyli podwiązanie nasieniowodów u mężczyzny) lub przez zwykłe wprowadzenie bariery pomiędzy plemnikiem i komórką jajową (jak prezerwatywa).
Ja nie widzę żadnej różnicy moralnej pomiędzy prezerwatywą a kalendarzykiem. W obu przypadkach chodzi o ten sam cel i oba są nie w pełni skuteczne – ale ryzyko jakoś tam minimalizują. A argument, że prezerwatywa nie jest naturalna, bo używamy gumy, jest żałosny – w metodzie kalendarzykowej używamy termometru, zwykle rtęciowego, więc dodatkowo nieprzyjaznego dla środowiska!
Co do metod polegających na środkach farmakologicznych (jak pigułki antykoncepcyjne) czy operacyjnych (jak wazektomia) można dyskutować czy to moralne w jakiś sposób sobie szkodzić czy się okaleczać. Ale argument także nie jest zbyt mocny – to taki sam grzech „szkodzenia sobie” jak palenie papierosów, czy wbijanie sobie kolczyków w ucho. Wszystkie te zachowania w jakiś sposób nam szkodzą i powinniśmy je traktować tak samo. Pewnie papierosy szkodzą zresztą bardziej niż pigułki. Więc bez przesady z tą grzesznością.
Zupełnie inna kwestia to metody, które nazwałem „usuwające skutki”. Te metody, zwane także często metodami wczesnoporonnymi, dopuszczają połączenie plemnika i komórki jajowej, lecz nie pozwalają później takiemu tworowi (dla niektórych już dziecku) rozwinąć się w człowieka. I ja takie metody uważam za niemoralne. To już jednak temat na kolejny wpis dotyczący aborcji.
Czary mary - czyli trochę o obrzędach 2011-11-19
Każda religia rozpoczyna się od pewnej w miarę spójnej koncepcji świata. Jest bóg (lub bogowie), są zasady, są reguły postępowania dla wierzących, jest dobro i zło. Na straży tej koncepcji stają kapłani – ci, którzy szkolą się w religii i wiedzą na temat jej filozofii więcej niż inni. Wkrótce pojawiają się świątynie i obrzędy, które się w nich odprawia. Coraz więcej jest rytuałów mówiących jak należy się modlić, gdzie najlepiej, jakimi słowami, co zrobić na pogrzebie a co na ślubie. Z czasem te regułki zaczynają przesłaniać samą religię. Jak księżyc, który świeci światłem odbitym od słońca a jednak czasem próbuje je też przesłonić.
Dlatego jestem (jako nowoczesny chrześcijanin) sceptycznie nastawiony do wszelkich rytuałów. Do kościoła o niedzielę chodzę, ale nie po to, żeby odbębnić formułki „Wierzę w Boga”, „Baranku Boży”, „Powiedz tylko słowo”, ale po to, żeby spróbować pobyć bliżej Boga. (Że to się nie zawsze udaje, bo człowiek myśli o innych sprawach to osobny problem, o którym kiedy indziej).
Uważam, że trzeba jasno rozdzielić „czary mary”, czyli klepanie formułek od rzeczywistego życia zgodnie z wolą bożą. „Czary mary” są tylko po to, żeby było nam łatwiej z Bogiem porozmawiać, zwrócić się do niego w naszych sprawach. Nie są celem samym w sobie.
Wyrecytowanie całego różańca nie rozwiązuje żadnego problemu. Tylko, jeśli dzięki temu człowiekowi udało się wyciszyć i inaczej spojrzeć na swoje życie – to miało to sens.
Kto to jest chrześcijanin? 2011-11-17
Na początek bardzo proste pytanie: Kto to jest chrześcijanin?
Odpowiedź, że ktoś kto wierzy w Boga i Jezusa Chrystusa nie jest oczywiście poprawna – Szatan wierzy a chrześcijaninem nie jest!
Dziecko (i niestety wielu dorosłych także) udzieli na to pytanie prostej odpowiedzi: ten, który chodzi do kościoła.
Osobiście nie mam nic przeciwko chodzeniu do kościoła (sam chodzę co niedzielę) i uważam, że jest to część naszego życia, która bardzo pomaga nam zbliżać się jakoś do Boga i do ideału. Jednak uważam, że chodzenie do kościoła nie jest ani warunkiem koniecznym ani – tym bardziej! – wystarczającym, żeby być dobrym chrześcijaninem.
Wszyscy znamy (choćby nawet z telewizji, jeśli nie z własnego życia) ludzi, którzy twierdzą, że są wzorowymi chrześcijanami, widać ich na mszach świętych, pielgrzymkach, wieszają wszędzie krzyże a jednak z chrześcijańskimi ideałami nie mają zupełnie nic wspólnego. To są dzisiejsi faryzeusze.
Z drugiej strony są ludzie, którzy z Kościołem jako instytucją związani są luźno, jednak ich postawa wydaje się być z gruntu chrześcijańska.
I tu dochodzimy do sedna – po owocach ich poznacie.
Postawa określa, czy mamy do czynienia z prawdziwym chrześcijaninem. Nauka chrześcijańska jest bardzo prosta. Nie zawiera opasłych tomów skomplikowanych praw do których musimy się stosować jak np. religia żydowska. Można ją streścić w dwóch nakazach: kochajcie Boga i kochajcie siebie nawzajem. Postawa chrześcijańska to po prostu serdeczność dla innych ludzi i pokora wobec boskich zrządzeń losu. Ktoś, kto kocha Boga nie oczekuje od niego samych miłych rzeczy – jest świadomy, że niemiłe sprawy są taką samą częścią naszego życia i nie możemy wymagać zbyt wiele. Jednocześnie za wszystkie rzeczy dobre Bogu dziękuje. Ktoś, kto kocha bliźnich nie dzieli ich na „dobrych chrześcijan” i „antychrystów”, których trzeba mieczem nawracać. „Bliźni” to nie nasza rodzina czy nasi przyjaciele. Ich i tak kochamy. Bliźni to każdy – także ten pijany na drodze, ten brudny i chamski w sklepie oraz ten, który nie mówi nam dzień dobry na schodach.
Ktoś, kto w pełni kocha Boga i bliźnich to na pewno chrześcijanin. To warunek wystarczający. Jednak moim zdaniem wcale nie konieczny. Taki ktoś to przecież nie tylko dobry chrześcijanin ale wręcz święty. Nie trzeba być świętym, żeby być chrześcijaninem. Wystarczy chcieć być świętym. Człowiek próbuje i często mu się to nie udaje. Ale nie ustaje w wysiłkach, nie zniechęca się – przynajmniej nie na długo. Taki właśnie człowiek to chrześcijanin.
 
Nowoczesne chrześcijaństwo, czy to oksymoron? 2011-11-17
Skąd nazwa tego bloga – to brzmi prowokacyjnie.
Wielu powie, że nie ma czegoś takiego jak „nowoczesne chrześcijaństwo” – chrześcijaństwo jest przecież jedno, ma 2000 lat i radziło sobie bez tej całej „nowoczesności”. Nie można naginać chrześcijaństwa zgodnie z aktualną modą.
Ale cóż – ten argument bardzo łatwo obalić. To przecież nieprawda, że chrześcijaństwo jest takie samo od 2000 lat. I nie chodzi tu o różne wyznania, które powstawały – skupmy się na głównym odłamie, a więc katolicyzmie. Na początku przecież czegoś takiego jak „katolicyzm” w ogóle nie było. Główne dogmaty powstawały i utrwalały się przez kilkaset lat.
Zresztą – po co szukać w zamierzchłej przeszłości – na naszych oczach wciąż dokonują się „unowocześnienia”. Msze w języku ojczystym, ksiądz stojący przodem do wiernych, świeccy szafarze Komunii Świętej to są reformy fundamentalne z ostatnich 50 lat.
Dowodzi to, że Kościół się unowocześnia, odpowiada wyzwaniom nowych czasów. Coraz mniej w nim „czarów marów” a coraz więcej dyskusji. Dzisiejsze pojmowanie chrześcijaństwa przez wiernych jest zupełnie inne niż jeszcze 100 a może nawet 50 lat temu.
Jeśli więc może być „nowocześniej” i sam Kościół to przyznaje – to nie można zaprzeczać idei „nowoczesnego chrześcijaństwa” – wiary, która dostosowana jest do naszych czasów.
Na czym według mnie to dostosowanie miałoby polegać?
Po pierwsze nie może to dotyczyć wartości podstawowych – etyki, sposobu postępowania. Te są jasne dla każdego, kto czytał Nowy Testament.
Co innego natomiast, jeśli chodzi o wszystko co narosło przez lata wokół podstawy – różnych „tradycji” i „zwyczajów”.
W dawnych czasach ludzie wielką wagę przywiązywali do słów. Wyrecytowanie jakiejś formułki miało zapewnić dobrobyt, chronić przed nieszczęściem, nawet czynić cuda. Chrześcijaństwo przejęło te wierzenia – no cóż, tacy byli wtedy ludzie. W miejsce wcześniejszych zaklęć i czarów zaproponowano nowe zaklęcia z Bogiem i świętymi w treści.
Dzisiaj jednak nikt już nie wierzy w to, że na przykład jeśli ksiądz pomyli się w formułce małżeństwa to małżeństwo się „nie liczy”. Nikt (chyba) nie wierzy też już w to, że prawdziwa modlitwa to tylko wyrecytowana zdrowaśka – modlitwa własnymi słowami nie jest czymś gorszym (a nawet jest czymś lepszym) i formułki, których uczymy się na lekcjach religii mają nam tylko pomóc w modlitwie.
Tak więc nowoczesne chrześcijaństwo to według mnie chrześcijaństwo świadome – nie polegające na bezmyślnym klepaniu modlitw. Musimy jako chrześcijanie wiedzieć czego Bóg od nas oczekuje, próbować się domyśleć dlaczego i starać się te oczekiwania wypełniać.
Statystyki
Liczba osób które odwiedziły mojego bloga:
 
54
Liczba osób które skomentowały mojego bloga:
 
6
Liczba osób które wpisały sie do Ksiegi Gosci:
 
0
Zobacz serwisy INTERIA.PL